"Przepraszam, że moje dziecko jest chore…"


Chodź na Instagram!
Udostępnij na Facebooku!

Sobota, godzina 20:00. Zaczyna się. Młody rzyga. Na prawo i lewo. I tak do północy. Nie zastanawiając się dłużej ubraliśmy się i pojechaliśmy z nim do szpitala. Poprosiłam Panią, by przyjęto nas w miarę sprawnie, bo dziecko chlusta bez opamiętania i nie jesteśmy w stanie tego opanować. Ale kto by się tam nami przejął! Dopiero po zwymiotowaniu na podłogę w poczekalni zostaliśmy wezwani przez panią „doktor”.

– No cóż- powiedziała zaspana, zupełnie nie kontaktująca, młoda lekarka.- Co się dzieje?

– Młody wymiotuje. Od 20:00 9 razy. Teraz już chyba nie ma czym.

– Dobrze, to ja go może zbadam?- i popatrzyła na mnie pytającym wzrokiem.

– Proszę- odpowiedziałam nie bardzo się orientując, czy ona mnie o zgodę pyta, czy o procedurę postępowania.

Podeszła do nas i w tym momencie Młody zaczął płakać. No, ale nie przesadzajmy. Dzieci boją się obcych. To chyba nie była dla niej nowość. Ta jednak popatrzyła na mnie zrezygnowana i mówi.

– Wie pani co, jednak go nie zbadam, bo się rzuca za bardzo. No to ja nie wiem co robić z Wami.

– No pani doktor, ja tym bardziej nie wiem. Dlatego tutaj jesteśmy, żeby nam ktoś powiedział, co robić.

Patrzyła na mnie dłuższą chwilę zaspanym wzrokiem. Aż mi głupio było, kiedy czułam na sobie ten tępy wzrok.

– No wie pani, mogłabym wezwać kogoś z pediatrii, ale musiałabym ich pobudzić. Chłopiec wygląda na silnego i nieodwodnionego. To może pojedziecie do domu i jakby się coś działo to wrócicie rano?

– Ale nie dostanie żadnej kroplówki? Wymiotował 9 razy. Już nawet nie ma czym i tylko go naciąga. Naprawdę nikt nie może przyjść zbadać mojego dziecka?

– No dobrze- powiedziała obrażona.- to ja zadzwonię.

W tym momencie zadzwonił telefon na SOR-ze.

– „Halo”- „Tak”- „A ma pani w domu coś przeciwbólowego?”- „Ale jest Pani pewna, że coś pani jest?”- „Nie będziemy wysyłać karetki do rwy kulszowej, niech pani coś weźmie”- „Tak, tak, może być”.- „Jakby pani do rana nie przeszło proszę przyjechać”- „Sama?”- „Ale wie pani, teraz musiałabym wszystkich pobudzić tutaj”- „No ja panią rozumiem, ale nie możemy do każdego przypadku wysyłać karetki, tym bardziej, że może być ktoś bardziej potrzebujący”.- „To ja dam ratownika…”

I przekazała słuchawkę kobiecie, która jeździ w karetce. Lekarz! Osoba, która powinna mnie powalić swoją wiedzą i kompetencjami miała wszystko i wszystkich gdzieś. Powinnam ją przeprosić, że moje dziecko pochorowało się akurat o tak późnej porze. I nie tylko ja. Ta pani z rwą kulszową też ją powinna przeprosić za to, że ją boli.

– No dobrze.- zwróciła się do mnie- Proszę chwilę poczekać. Dostanie pani ode mnie skierowanie na oddział, pójdzie tam pani z dzieckiem i syn zostanie zbadany i nawodniony.

– Wzięłam skierowanie, dziecko i męża z poczekalni. Udaliśmy się na oddział. Przywitała nas pani ordynator.

– Jezu, już nie macie kiedy przyjeżdżać tylko w środku nocy? Wszystkich trzeba budzić…

Jak to usłyszałam to się pode mną nogi ugięły. Ale póki co siedziałam cicho.

– Łóżek nie ma wolnych. Na korytarzu dostawimy łóżeczko i dla pani przyniesiemy krzesło.

Wypytała o wszystkie szczegóły z życia Młodego. Poszliśmy na wbijanie wenflonu i pobieranie krwi. Okazało się, że jeszcze było wolne jedno łóżko w sali. Mogłam się na nim położyć razem z Młodym. Dostał kroplówkę, przy której spał jak suseł do rana. Dopiero około 6 obudziły mnie jego wymioty.

– Czy nie można mu czegoś podać?- zapytałam zrezygnowana.

– Dostaje kroplówkę. Lepiej niech nie je i nie pije niczego dopóki odruch wymiotny nie ustanie.

I tak w głodzie Młody siedział do poniedziałku. Leżał i patrzył w sufit. Jak nie moje dziecko!

Nie powiem, kobiecie w 30 tygodniu ciąży ciężko jest z dzieckiem w szpitalu. Wykorzystywałam więc każdą drzemkę syna i też się kładłam, żeby choć na chwilę zamknąć oczy. Mąż akurat przyjechał z prowiantem dla mnie kiedy to weszła do nas pani ordynator. Zaczęła badać Młodego.

– Może by tak pani wstała? Siły pani nie ma, żeby w trakcie badania się podnieść i lekarzowi trochę pomóc?

Zwlokłam się ze szpitalnego łoża. Mąż chciał przytrzymać Młodego, który kategorycznie zabraniał wykonywania jakichkolwiek czynności, na jego coraz chudszym małym ciele.

– Czy mógłby pan odejść? Jestem lekarzem, sama sobie poradzę.- powiedziała kobieta, która przed momentem kazała mi zejść z łóżka i sobie pomóc.

I tak, każda wizyta pani ordynator kończyła się naszym rozgoryczeniem, żalem i wielkim płaczem Młodego.

Na odchodne kazała podpiąć jeszcze jedną kroplówkę, ale z zastrzeżeniem, że do 13:00 ma „zejść”. Kroplówka skapała w ciągu 45 minut. Po niej Młody był jak naćpany. Uśmiechał się do mnie i patrzył tępo, jakby był w jakimś transie. Do tego zaczął biegunkować z częstotliwością większą niż przez te wszystkie wcześniejsze dni. Już miałam mówić, że nie chcę z nim wychodzić, bo osuwa mi się na rękach. Odczekałam z nim jeszcze godzinę. Na szczęście w miarę się wszystko unormowało.

Teraz Młody biega jak nowo narodzony. Wyrzucałam sobie potwornie, że nie zaszczepiłam go na rotawirusa. Miałam do siebie wyrzuty do momentu, aż nie okazało się, że aż piątka ze wszystkich dzieciaczków na oddziale wylądowała z rotawirusem (pomimo, że były szczepione). Najgorsze w tym wszystkim jest jedno. Najwspanialsze okazały się panie pielęgniarki, które odwalają czarną robotę, a najbardziej odrzucające były panie „doktorki od siedmiu boleści”, które chyba niestety minęły się z powołaniem.

Chodź na Instagram!
Udostępnij na Facebooku!


Chcesz znaleźć pracę, ale nie wiesz, jak się za to zabrać?

...i bądź lepsza od innych kandydatów!

Instrukcja, jak skutecznie apikować o pracę

Cześć! Jestem Monika i piszę bloga. Zostań ze mną- razem raźniej!