O słoiku, facebooku i zmianie statusu

Psss... Stworzyłam "coś" świetnego! Najlepszą i JEDYNĄ taką instrukcję jak, krok po kroku, aplikować o pracę! Kliknij i aplikuj o pracę z głową!

Chodź na Instagram!
Udostępnij na Facebooku!

Wiele rzeczy można o mnie powiedzieć. Negatywnych, pozytywnych, różnych i różniastych. O! Na ten przykład- jestem zakręcona bardziej niż słoik, co ujawnia się zwłaszcza wtedy, gdy chcę szybko coś zrobić i w głowie zapisany mam schemat działania, coby moja akcja wykonawcza została przeprowadzona sprawnie i szybko. Żeby gołosłowną nie być, przykład mam dla Was, prezentujący zakręcenie mojej własnej osoby. Parę lat temu bowiem, kiedy to studentką byłam zacną, do Biedry (#ZnowuBiedronka) się wybrałam w celu zakupu pralinek. I ja wiedziałam wtedy dokładnie w którym miejscu są, ile kosztują i do grosza miałam dla Pani przygotowane pieniądze, które ja za te pralinki miałam zapłacić. Akcja przemyślana była bardziej, niż skok na bank, a wyglądała jak przechadzka małego robota po posadzce sklepowej. Weszłam, wzięłam i ustawiłam się w kolejce przy kasie. Tak trzymałam w rękach te dokładnie odmierzone 17,99 zł, aby Pani nie musiała być mi winna grosika, a na taśmie samoprzesuwającej się były moje praliny. Coś mnie w międzyczasie pokusiło, żeby popatrzeć na te moje cukierki pyszne, które zjem zaraz, ale już, jak tylko wyjdę ze sklepu. Pokusiło mnie, żeby połechtać moją wyobraźnię, pobudzić ślinianki do produkcji śliny bogatej w amylazy. I tak zerkam… a tu z opakowania uśmiecha się do mnie przeuroczy piesek. „Co jest?-  myślę- pies na pralinach.”. Suma summarum wyszło na to, że zamiast pralin wzięłabym żarcie dla psa, bo w sklepie postanowiono zmienić miejsce usytuowania produktów promocyjnych. Tak więc, w tym zaćmieniu chwilowym mózgu mojego, prawie wydałam swoje ostatnie pieniądze na jakieś mięsne kulki dla czworonogów. Jak widzicie, zakręcona jestem, zwłaszcza wtedy, gdy coś sobie wkręcę.

Jestem też człowiekiem potrafiącym, jak mało kto, rozkojarzyć się z powodu nawet maleńkiego bodźca. Wystarczy mignięcie, piknięcie, pierdnięcie- ja już stoję na baczność. Po części jest to zasługa  wspomnianej wcześniej „zakręconości”, po części- mojego znerwicowania i braku umiejętności kontrolowania nagłych i często niewyjaśnionych napadów stresu i paniki. Skutkiem tego są niewykonane w większości prace przydomowe, wewnątrzdomowe, zewnątrzcielesne i wewnątrzcielesne.

Największymi czynnikami rozkojarzającymi są Social Media. Wygląda to mniej więcej tak.

„Pik, pik”
Facebook: Janina Kowalska opublikowała post na grupie XYZ

„Pik, pik”

Facebook: Krystyna Jandak wystawiła przedmiot na sprzedaż w grupie.

„Pik, pik”

Instagram: Adeline1000827233736 i ktoś tam jeszcze polubili Twoje zdjęcie.

8:16 „Pik, pik”

Gmail: Wiadomość dotycząca ogłoszenia na OLX.

Otóż w końcu nadszedł dzień, że miarka się przebrała. Postanowiłam wypisać się z 90% grup, do których należę, wyłączyć powiadomienia stron, na które i tak zaglądam dajrektli raz w tygodniu i oczyścić swoją przestrzeń. Prawda jest taka, że marnowałam czas nawet na głupie „tylko sprawdzenie” co to za powiadomienie. To z kolei sprawiało, że czasu zaczynało mi brakować na rzeczy pożyteczne i okołorodzinne.

Tegoż właśnie dnia, gdy postanowiłam zmienić swoje życie onlajnowe, po uporządkowaniu spraw z Social Mediami, zasiadłam przed komputerem i zaczęłam pisać teksty na bloga. Z racji tego, że, jak wspominałam na początku, zakręcona jestem, to w szkicowniku mam z tego dnia 13 rozpoczętych postów, a tylko jeden jedyny opublikowany. Pisałam zawzięcie i zażarcie. Nawet na fanpage coś wtedy wrzuciłam (co ostatnimi czasy jest czymś w rodzaju wydarzenia), zamknęłam komputer i postanowiłam sobie w myślach, że na facebooka zajrzę dopiero wieczorem, gdy cała ferajna będzie spała. Nagle usłyszałam dźwięk, którego miało nie być:

„Pik, pik”

– Nosz KuwaMaćJaPitole. Wszystko już miało być wyłączone. Wszystko!- krzyczę do siebie w myślach, jak to mam w zwyczaju (a mówi się tyle o nietłumieniu emocji). Zabijam spojrzeniem telefon, który i tak nadszarpnięty jest zębem czasu i zębem mojego dziecka. Bo ja wiem, że to „Pik, pik” to powiadomienie jakieś cholerne. Że to nie jest SMS od męża o treści: „Kochanie, będę wcześniej w domu. Wiozę Ci kwiaty i Merci. Wykąpię dzieci i uśpię, a ty jedź do SPA”. I biorę ten telefon cholerny do ręki, bo mimo, że ja wiem, że sobie obiecałam abstynencję internetową, to to tak kuźwa kusi… Odblokowuję wszystkie 10 blokad rodzicielskich, osiem pinów wklepuję, najeżdżam na ikonkę facebook, wchodzę w to wściekła, ale jednak kuźwa ciekawa i czytam:

„Na macierzyńskim opublikował(a) nowy post:…”

I takie dwa wnioski z tej historii mam osobiście. Pierwszy to ten, że sama napędzam machinę powiadomień. Muszę się więc postarać, abyście zawsze, ale to zawsze byli zadowoleni z tego, co wyczytacie i aby nie było to dla Was marnowanie czasu. Drugi natomiast wniosek jest taki, że jest to wręcz dziwne, że mam ustawione powiadomienia dotyczące zmian mojego własnego statusu…

Chodź na Instagram!
Udostępnij na Facebooku!


Chcesz znaleźć pracę, ale nie wiesz, jak się za to zabrać?

...i bądź lepsza od innych kandydatów!

Instrukcja, jak skutecznie apikować o pracę

Cześć! Jestem Monika i piszę bloga. Zostań ze mną- razem raźniej!

Post a Comment