Faza spadku, czyli co jest pomiędzy zakochaniem i kochaniem

 Klikając tutaj przejdziesz do najlepszej i JEDYNEJ takiej instrukcji- jak, krok po kroku, aplikować o pracę! Kliknij i aplikuj o pracę z głową!

Chodź na Instagram!
Udostępnij na Facebooku!

Związek na początku jest piękny. Trzyma człowiek człowieka za rękę, muska usta i nieusta. Chodzi na spacery długie, nawet po to, żeby pomilczeć. Ten początek związku to specyficzna faza. Wtedy mamy do czynienia z tęsknotą nawet gdy ta nasza miłość wyszła kupić pasztet do spożywczaka po drugiej strony ulicy. A nie… przepraszam. Pasztet, to potrawa zarezerwowana dla fazy związku zdecydowanie później następującej. Na początku je się przecież tylko to, co pachnie i wygląda. A pasztet ani nie pachnie ani nie wygląda…

Taboo

Pasztet, fizjologia, wszystko co krępujące, źle wyglądające, źle kojarzące się, na początku związku jest tematem tabu. Człowiek człowieka w tej fazie związku traktuje jako osobę, która to toalety wchodzi i wypuszcza tam z siebie wonie z serii Brise Mini Spray. Kiedy więc nastąpi niechciany przez wszystkich moment otwierania drzwi do WC, a stamtąd unosi się zapach inny niż fiołki, przychodzi chwila krępacji i zaskoczenia. Bo przecież JAKIM CUDEM? Bardzo szybko jednak  przeradza się ona w teatr codzienności- sprawca silnie stara się pokazać, że to nie on, a współtowarzysz życia, z jednoznacznym grymasem twarzy, zachowuje się tak, jakby w całym mieszkaniu unosił się zapach przypominający woń krokusów w Dolinie Chochołowskiej.

Zakochanie

Bawi mnie, gdy zakochani w fazie początkowej związku usilnie twierdzą, że ich relacja oparta jest na przyjaźni. Taaaa. Wtedy przyjaźń nie istnieje. Nie istnieje. Powtórzę jeszcze raz. Nie istnieje. Dlaczego? Bo nie mówimy sobie o wszystkim. Nie robimy ze sobą wszystkiego (oczywiście mowa tutaj o związku, który rozpoczął się od fizycznego pociągu, a nie o takim, który stał się kolejnym etapem po przyjaźni). Każda osoba, na początku relacji odgrywa doskonale przemyślaną rolę. Pilnujemy się, martwimy długo o to, co powiedzieliśmy, czy coś nie było niemiłe, niegrzeczne, błahe, głupie. Staramy się dogodzić.

Pamiętam, jak na początku naszej bliskiej relacji (mojej i Lubego rzecz jasna) chłopak mój wtedy jeszcze zachorował. Zachorował na chorobę męską, czyli absolutnie rozkładającą, przenikającą przez szpik, wywołująca palpitacje i powoli zabijającą od środka. Ja, totalny laik kulinarny, postawiłam sobie wtedy za punkt honoru ugotowanie prawdziwego rosołu! Idealnego! Ślęczałam dwie godziny przegrzebując internetowe czeluści, w celu odnalezienia receptury bez słów- „odrobina”, „szczypta” i „do smaku”. Ja, zapalona wtedy chemiczka, potrzebowałam ilości w gramach. DO TRZECH MIEJSC PO PRZECINKU- żeby nie przesolić, ale też, żeby nie wyszły mi siury zamiast rosołu. I znalazłam. Marchewkę odważałam, odkrawałam, przycinałam… I podałam mojemu umierającemu na przeziębienie już-teraz-małżonkowi-a-wtedy-jeszcze-nie. I przysięgam, ten stres, kiedy próbował mój pierwszy rosół, pamiętam lepiej niż ustną maturę z języka polskiego! Pierwszy raz poczułam wtedy spadający z serca głaz- zaraz po akceptacji. I ten mój zewnętrzny spokój też pamiętam. Spokój mający być wyrazem pewności siebie i swoich kulinarnych umiejętności. Prawdziwe hels kiczyn.

I tak rozpoczął się w naszym związku etap częstych rosołków, które wychodziły mi ponoć doskonale. Pewnie dlatego też tak dobrze pamiętam moment, gdy spędzając weekend w rodzinnym domu Lubego, jego mama stojąc przy piecu wypowiedziała zdanie, które zapadło mi w głowie bardziej niż „i nie opuszczę cię aż do śmierci”:

– Obiad zrobiłam. Rosół jest z makaronem. A tobie Andrzej zrobiłam kotleta.
– A dlaczego?- zapytałam.
– To nie wiesz jeszcze, że Andrzej rosołu nienawidzi?

Zakochanie a kochanie

Zakochanie to moment największych kłamstw  i kłamstewek, do których potrafimy się przyznać dopiero wtedy, kiedy w naszym związku zagości przyjaźń. Zakochanie od kochania różni się tym, że kochamy partnerów prawdziwych, a zakochani jesteśmy w aktorach, którzy świetnie odgrywają zaplanowane scenki. Najlepsze jest to, że zakochanie to czas, kiedy sami przed sobą udajemy, że prawdziwi jesteśmy tacy, jacy nie jesteśmy! Ludzie zakochani traktują siebie nawzajem jak bożyszcza. Idealizm w czystej  postaci.

Faza pomiędzy

Pomiędzy zakochaniem a kochaniem występuje faza przejściowa. Albo ją przetrwamy, albo nie. Fifty fifty. W tej właśnie fazie zaczynamy widzieć, że nasza druga połówka ma wady. W sumie ma sporo wad… Że nie wszystko, co było, nadal będzie. Bo się okazuje nagle, że ona to jednak stringów nie lubi. Że się w tyłek nieprzyjemnie wżynają. A w ogóle to przecież można mieć od nich hemoroidy, więc ona nie poświęci dla ciebie swojego zdrowia. A on to też jednak sprzątać to nie bardzo chce. Bo w sumie to ubrania łatwiej ubrać, jeśli zostaną na podłodze. Razem z majtami. I skarpetami. Taki gotowiec, można by rzec. I drażniące to może być. Wszystko! Bo ani on nie chciał słuchać o żylakach odbytu, ani ona przestawiać nie chciała tych zestawów ubrań na siedem dni w tygodniu- ułożonych w szeregu pod ścianą.

Etap ten przypomina przeprawę nad wielkim wąwozem, po bardzo niestabilnej linie. We dwójkę. Stajesz na krawędzi, patrzysz w dół i myślisz „OJaPierdole”. Wysoko. Przerażająco! Przejrzałeś na oczy- wiesz co cię czeka! I jedynym sposobem na to, aby przejść na wyższy level, po tej linie cienkiej jak gumka w majtkach, jest współpraca. Musimy się nauczyć dochodzić do kompromisu. Inaczej spadamy w dół i uderzamy głową o ziemię. Boli?  Jak cholera. Czasem leczy się to latami. Czasem tylko komuś uda się wpaść w miękkie krzaki, z których wychodzi i idzie dalej. Sam.

Kiedy jednak się nam uda (!) i przedostajemy się na drugą stronę wielkiego kanionu, czeka nas przeprawa przez dżunglę. I wykorzystywanie umiejętności wyuczonych na dwóch tysiącach metrów. Częściej niż się nam wydaje. Ot co.

Potem

Kiedy przejdziemy przez te etapy najtrudniejsze, najbardziej krępujące i śmierdzące jak cholera, okazuje się, że możemy o wiele więcej. Że możemy o wiele łatwiej. Że możemy RAZEM. Do tego jednak trzeba dojść. Bo życia razem trzeba się nauczyć. I do życia razem trzeba dojrzeć. Trzeba funkcjonować bez udawania, bez suflera i bez scenariusza. Być sobą. Ale nie tym starym sobą. Bo to zakochanie i ten spacer po linie były po to, żeby ukształtować nas na nowo. Żeby nas przystosować do symbiozy. Bo fajnie tak.

Chodź na Instagram!
Udostępnij na Facebooku!


Chcesz znaleźć pracę, ale nie wiesz, jak się za to zabrać?

...i bądź lepsza od innych kandydatów!

Instrukcja, jak skutecznie apikować o pracę

Cześć! Jestem Monika i piszę bloga. Zostań ze mną- razem raźniej!

Comments

  • reply
    Ewa Godlewska

    W samo sedno

    12 kwietnia 2017

Post a Comment