Delegacja małżonka

 Klikając tutaj przejdziesz do najlepszej i JEDYNEJ takiej instrukcji- jak, krok po kroku, aplikować o pracę! Kliknij i aplikuj o pracę z głową!

Chodź na Instagram!
Udostępnij na Facebooku!

Delegacja… To takie piękne słowo. Wiąże się ono z tym, że mąż, w celu zarobkowym, zostaje na jakiś czas wysłany w miejsce odległe od domu na tyle, że nie jest w stanie wrócić na noc. Luby, co jakiś czas zostaje wyprawiony w taką właśnie służbową podróż, zostawiając żonę na pastwę dwójki dzieci.

Zaletą delegacji jest to, że małżonek mój osobisty, zawsze coś słodkiego z niej przywozi. Jak się pewnie domyślacie, specjalnie dla mnie. Czy to czekoladę, czy tureckie, bardzo dziwne przysmaki. Ma mi to zrekompensować jego nieobecność. I rzeczywiście, w pewnym stopniu poprawia mi to samopoczucie. Bardzo łatwo daję się przekupić, tym bardziej, jeśli łapówka ma więcej niż 300 kcal w 100g. Także, myśl o najlepszych czekoladach, trzyma mnie przy życiu i umila czekanie na mojego księcia.

Jakiś czas temu Luby został wysłany w taką właśnie, zagraniczną, delegację. Tym razem była to wyprawa czterodniowa. W dzień jego powrotu czekaliśmy zniecierpliwieni. Młody czekał na tatę rządny męskiego towarzystwa, my z młodą- rządne, oprócz ojcowskiego towarzystwa, słodkiego. W pewnym momencie drzwi otwarły się z hukiem. Jeśli z hukiem to tylko ON (zachęcam do przeczytania tego wpisu- wtedy zrozumiecie- klik)! Wpada mój mąż. Zostawia w kuchni torbę, teczki i zwraca się do nas:

-Czekajcie. Coś Wam zaraz pokażę.

My zniecierpliwieni, czekaliśmy tylko aż przyjdzie z wielką słodyczową torbą. Dlaczego wielką? No przecież musiała być wielka skoro nie wniósł jej razem ze wszystkimi swoimi papierami. Drzwi ponownie się się otwarły. Już przed oczami miałam te cudowne szwajcarskie i austriackie czekolady. Słyszę jego kroki, ciężkie. Cięższe niż zwykle! Może ma dla mnie całe fondue czekoladowe ! Wchodzi do kuchni:

– Patrzcie co mam!

Zamarliśmy. Luby stał i patrzył na mnie dumny.

– Co to jest?

– No jak co. Rogi.

Tak, tak. Luby trzymał w rękach wielkie jelenie rogi…

– To, że rogi to widzę. Co ty, na delegację pojechałeś, czy na polowanie?

– No piękne są. Z 2012 roku. Dostałem w  prezencie.

– No dobrze. Co z nimi zrobisz?

– Będziemy mieć ozdobę do naszego przyszłego domu.- odpowiedział i uśmiechnął się przy tym (o tym jak różne mamy wizje stworzenia naszej przyszłej wspólnej przestrzeni pisałam tutaj).

– Skarbie. Ja wszystko rozumiem, ale żebyś sam sobie na delegacji rogi doprawiał…hmmm… to nie jest dobry znak.- i zaczęłam się chichrać dumna z tego, jak mi się udał żarcik.

– Kochanie. To prezent dla ciebie…- odpowiedział jeszcze bardziej dumny z siebie mąż.

***

No cóż. Aktualnie, „niczyje jelenie rogi” leżą na szafie i zbierają kurz. Patrzę na nie codziennie i jedyne co przychodzi mi do głowy, to zrobienie z nich wieszaka. Może Wy macie jakieś ciekawe propozycje? I czy Wasi mężowie też  przywożą Wam z delegacji takie rarytasy?

Chodź na Instagram!
Udostępnij na Facebooku!


Chcesz znaleźć pracę, ale nie wiesz, jak się za to zabrać?

...i bądź lepsza od innych kandydatów!

Instrukcja, jak skutecznie apikować o pracę

Cześć! Jestem Monika i piszę bloga. Zostań ze mną- razem raźniej!

Comments

  • Po pierwsze primo – gratuluję strony 😀 u mnie to zapewne odległa i niedościgniona przyszłość pod tytułem „nigdy”.
    Po drugie primo – ultimo – aleś mi trafiła z tematem. Mój w delegację szkoleniowo-alkoholową jedzie jutro. Na szczęście zostanie jedynie przy tym pierwszym członie, bo z Warszawy do Serocka i z powrotem wystarczy mu auto. Powinnaś się cieszyć, że coś Ci przywozi. Ja na urodziny dostałam kwiatka, który mój małżonek beztrosko wziął od swojej mamy, która to ów kwiatek zakupiła. A mój prezent – oryginalny Ice Watch, zakupiony na rocznicę (w lutym) jeździ sobie w tę i z powrotem w plecaku małżonka, który chyba uważa, że w plecaku prędzej czy później bransoleta sama mu się skróci.
    Rogi są spoko. 😛

    30 maja 2016

Post a Comment