Czy akceptuję siebie?

Psss... Stworzyłam "coś" świetnego! Najlepszą i JEDYNĄ taką instrukcję jak, krok po kroku, aplikować o pracę! Kliknij i aplikuj o pracę z głową!

Chodź na Instagram!
Udostępnij na Facebooku!

Na pierwszy rzut oka wydaję się być ok. Nie mam nadwagi (choć wolałam, gdy moje BMI było nieco niższe), mieszczę się w przyzwoite rozmiary spodni. Generalnie mam też dwójkę dzieci i wspaniałego męża, co często traktowane jest jako kobieca broszka. Ponoć macierzyństwo dodaje seksapilu. Tak mówią. Dlaczego więc, skoro nie jest źle, ja ciągle czuję, że nie jest ok?

Mamo? A dlaczego ty tam nic nie masz?

Zbieram się ekspresem do wyjścia. Przebieram się w łazience i nagle wpada Młody.
– Mamoooo… Co to jest?- pyta i wskazuje palcem na mój stanik.

– To jest biustonosz.
– Mamoooo.- pyta po chwili zastanowienia.- A co ty pod nim masz.
– Nic kochanie. Mama się naprawdę bardzo spieszy i wyjątkowo udzielę ci wszystkich niezbędnych informacji po  powrocie.
– Mamoooo.- pyta po dłuższej chwili.- A dlaczego ty tam nic nie masz?

Jedynym momentem, gdy biustem mogłam się pochwalić, był czas karmienia. Rzeczywiście, pokaźny rozmiar piersi sprawiał, że wyglądałam PRAWIE jak Pamela w „Słonecznym patrolu” (do teraz, na samą myśl o biegu plażą z takim biustem, czuję ból…). Po pamelowskim biuście pozostał już jedynie cień wspomnień (a raczej biust typu „ROLL-UP”). Niemniej dobrze mi z tym. Kręgosłup będę mieć zdrowszy. I problemów z doborem stanika! Trzeba szukać pozytywów.

Nos, twarz, usta

Nos mój wygląda, jakby zbudowany był z paliczków. Dokładniej to tak, jakbym w jego połowie miała miejsce zgięcia. Prawie staw. Twarz mam okrągłą jak księżyc w pełni- i nieważne czy ważę 50 kg, czy 60  kg- zawsze wyglądam tak, jakby cały proces trawienia zachodził w moich policzkach. I usta moje- pełne jak po botoksie (a zawsze marzyły mi się delikatne maleńkie usteczka).

Akceptacja

To są rzeczy, które muszę zaakceptować. Muszę, bo nie mogę ich zmienić. Nie mogę. I nie, nie żyję w średniowieczu. Wiem, że istnieje medycyna estetyczna. Nie znam jednak ANI jednej osoby, która coś  sobie poprawiając byłaby piękniejsza niż wcześniej. Każdy zabieg chirurgiczny przeprowadzany u zdrowej osoby, która robi go jedynie w celu doścignięcia siedzącego w głowie obrazu własnego „DOSKONAŁEGO JA”, to + 1 do sztuczności. A sztuczność jest kiepska. Nijaka. Beznadziejna. Te usta nadęte, te nosy wszystkie takie same… jak u trupa. Jestem zdecydowanie zwolenniczką naturalności. Nawet jeśli nie jest doskonała.

Jakieś tam boczki

Ci,  którzy śledzą mnie na FB wiedzą, jak wspaniałym tekstem uraczył mnie ostatnio Luby. Stwierdził, że pierwszy raz w życiu, mając „jakieś tam boczki”, nie potrzebuję psychoanalityka.

Muszę przyznać, że rzeczywiście fakt lekkiego zaokrąglenia jakoś tak…mi umknął. A te moje boczki rzeczywiście się pojawiły. Z tym, że ja zupełnie przestałam na to zwracać uwagę. Dzieci ciągle chore, ja matka zalatana. Ale nie na tyle, żeby odmówić sobie pysznego ciacha. Zamiast obiadu. To nie jest żart. I w tym wszystkim, ja naprawdę nie zauważyłam tych boczków. Serio! Pierwszy raz w życiu przestałam się skupiać na kilogramach. Po tym natomiast, co powiedział Luby, popatrzyłam w lustro i powiedziałam- o nie!

To nie tłuszcz- zrobiłam się po  prostu gruboskórna.

Akceptacja II

W tym przypadku nie powiem, że akceptuję siebie. Bo jeśli rozrosnę się o kolejne 10 kg, to oprócz problemów psychicznych dojdzie jeszcze wymiana garderoby. Noł łej. Nie stać mnie! Tak więc akceptacja takiego stanu rzeczy byłaby jedynie synonimem LENISTWA.

„Mogłabym przestać jeść słodycze, ale po co, skoro akceptuję siebie” to nic innego, jak: „Mogłabym przestać jeść słodycze, ale mi się nie chce”.

Nadużywanie

Jest to tylko przykład tego, jak bardzo nauczyliśmy się nadużywać słowa „akceptuję”. Gdy coś przychodzi nam z trudem, nasze życie nie do końca nas satysfakcjonuje, najprostszą drogą jest powiedzenie: „No cóż- muszę to zaakceptować”.

A właśnie, że nie. Bo to sprawia, że przestajemy walczyć o coś, na co mamy wpływ.

Jutro kolokwium. O nie, zapomniałam. Nie zdążę się nauczyć… No trudno. Nie zdam i tyle. Nawet nie siadam nad tym.

Po co nam akceptacja?

Akceptacja jest po to, abyśmy przeżywali mniej stresów. No bo po co denerwować się ewentualnymi negatywnymi konsekwencjami pewnych zdarzeń- na które, notabene, nie mamy wpływu? Tak więc akceptacja pomaga w podejmowaniu ryzykownych decyzji. Akceptacja to oswojenie się z tym, co niezmienne, a także z tym, co smutne i trudne (bo przecież akceptacja sukcesów to rzecz naturalna). Tyle. Wszystko natomiast, co możemy zmienić (a co nam przeszkadza) i zostaje niezmienne w naszym życiu, to już nie wynik akceptacji, a lenistwa. No cóż. Lajf is brutal.

A czy ja akceptuję siebie? Tak. A do tego jestem cholernie leniwa. Niestety.

Chodź na Instagram!
Udostępnij na Facebooku!


Chcesz znaleźć pracę, ale nie wiesz, jak się za to zabrać?

...i bądź lepsza od innych kandydatów!

Instrukcja, jak skutecznie apikować o pracę

Cześć! Jestem Monika i piszę bloga. Zostań ze mną- razem raźniej!

Comments

  • Trochę mnie rozbawiłaś 🙂 Mogłabyś przestać jeść słodycze – ale gdyby nie one, matki trafiałyby do wariatkowa – więc po co? Ewentualnie mogłabyś trochę poćwiczyć, żeby się ciało wymodelowało i wyciągnęło gdzie trzeba, ale do tego trzeba mieć czas – przy dwójce urwisów może być ciężko wygospodarować wolną godzinę, a jak już się ją ma, to człowiek wolałby poleżeć a nie jeszcze się pocić, 😛 Tak więc podsumowując zostaje ci chyba….. akceptacja 😉

    matkowaciniezwariowac.blog.pl

    3 lutego 2017
    • A ha ha ha ! Coś w tym jest. Choć ćwiczę już od trzech dni 😀 Ciekawe ile wytrwam 😀

      3 lutego 2017

Post a Comment