Czy każda z nas to stereotypowa kobieta?


Chodź na Instagram!
Udostępnij na Facebooku!

Młody dzisiaj nie spał. Pominął popołudniową drzemkę. O dziwo nie marudził, ładnie się bawił, był zadowolony i jadł wzorowo. Po prostu nie chciało mu się spać. Dzięki temu już o 19:00 był wykąpany i z flachą zasnął niczym aniołeczek.

Postanowiłam wykorzystać wolny wieczór i zrobiłam coś za co się już dawno „zabierałam, a zabrać nie mogłam”- wyselekcjonowałam zdjęcia Młodego do wywołania. Tak! Wszystko na dysku, a przecież tak przyjemnie będzie wziąć za parę lat album do ręki i oglądać jak to nasz szkrab rósł! W sumie to jestem w trakcie, ponieważ trafiłam w międzyczasie na zdjęcia z naszej ślubnej sesji plenerowej…

Po ponad roku umawiania się i dogrywania z fotografem, udało się nam znaleźć wspólny termin. W piękną lipcową sobotę z samego rana założyłam suknię ślubną, pomalowałam rzęsy (do tego ograniczają się moje umiejętności robienia makijażu, resztę załatwi photoshop), ubrałam ślubne buty, wpakowałam się do samochodu z wystrojonym mężem i pojechaliśmy. Nie brałam ubrań na zmianę. Chciałam szybko wracać do Młodego. Traktowałam tę sesję jako coś, co musimy odbębnić (bo zapłacone). Wylądowaliśmy na Wawelu. Pocałowaliśmy się namiętnie przed obiektywem, mąż przeniósł mnie po dziedzińcu, sfotografowaliśmy nasze obrączki (tak swoją drogą, tyle mi po mojej zostało…) i zebraliśmy się do domu.

Jechaliśmy spokojnie. Byliśmy mniej więcej w połowie drogi do domu. Staliśmy jako trzeci do skrętu w lewo. Przyszła wreszcie nasza kolej. Skręcamy i nagle… Trach….. Coś uderzyło w nasz bok. A właściwie to nie „coś” tylko zielony opel corsa. Zjechaliśmy na bok. Uszkodzenie nie było na szczęście duże, więc mąż poszedł załatwić sprawę. Modliłam się, żebym tylko nie musiała wychodzić na skrzyżowaniu w tej mojej nieszczęsnej sukni ślubnej. Spisałam numery rejestracyjne (tak na wszelki wypadek, jakby nam opel chciał zwiać) i czekałam cierpliwie. Mąż rozmawiał z facetem- sprawcą. Nagle wychodzi z opla pani towarzysząca. Postała przy facetach na chwilę i w pewnym momencie zaczęła się tak miotać, jakby ją ktoś raził paralizatorem. Mój mąż coś tam do niej powiedział, a ona w szał. Postanowiłam interweniować. Nic mnie tak nie wnerwia jak inne babsko rzucające się z mordą na mojego męża. Wyszłam z samochodu i w mojej białej sukni przeszłam przez skrzyżowanie, prosto do reszty uczestników zdarzenia. Wywołałam swoim wystąpieniem niemałą sensację. Ludzie przez okna samochodów pokazywali mnie swoim dzieciom, śmiali się, dziwili… Zdecydowanie nie lubię wyróżniać się z tłumu…

– Co się stało?- zapytałam kiedy znalazłam się w pobliżu męża.

– A wiesz, wszystko było ok. Pan powiedział, że nas nie zauważył i chciał nam zapłacić 250 zł, tak jak zaproponowałem. Z tym, że do dyskusji przyłączyła się ta pani i stwierdziła, że to nawet 100 zł nie jest warte.

– Rozumiem, że pani jest lakiernikiem i zna pani dokładne ceny?

– Nie, ale ostatnio korzystaliśmy z usług lakiernika i wiem ile to kosztuje.

– O, to widzę, że nie pierwsza taka sytuacja.- stwierdziłam i popatrzyłam na wyobijany samochód, na którym roiło się od wgnieceń.

– Proszę pani, państwo nie mieliście włączonego kierunkowskazu do skrętu w lewo!- nawet jej mąż był zdziwiony tym stwierdzeniem.

– Staliśmy na pasie do skrętu w lewo… I zapewniam, że kierunkowskaz był. Staliśmy za dwoma skręcającymi samochodami…

Uaktywnił się mój mąż:

– Dobrze. Tu w pobliżu jest lakiernik. Jedźmy i niech on oceni szkodę.

Tak też zrobiliśmy. Wsiedliśmy do samochodu i udaliśmy się do najbliższego fachowca.

– Proszę państwa. Ja bym to wycenił na jakieś 450 zł do 500 zł. Tutaj ma Pani element bardzo zniszczony, nawet sugerowałbym wymianę…- pan wyrażał się bardziej fachowo, ja się na tym nie znam więc nie zapamiętałam tego dokładnie.- Sugerowałbym również wyważenie felgi, bo jest dosyć mocno sfatygowana…- po czym spojrzał na mnie i zapytał- a państwo już po, czy przed ceremonią?

– A nie, nie. My dzisiaj plener tylko mieliśmy. Na szczęście…

Pan posiadał odpowiedni sprzęt, więc wyważył na felgę- była ok.

Kobieta robiła się czerwona na twarzy.

– Jedziemy do innego lakiernika. Nie ma takiej opcji, żeby to tyle kosztowało!

Pan lakiernik się lekko zmieszał i zdenerwował. W końcu nikt nie lubi, gdy ktoś podważa jego kompetencje.

– Niech nam pan powie, gdzie tu jest inny lakiernik!- powiedziała tonem rozkazującym do lakiernika, u którego się znajdowaliśmy.

– 2 km prosto.- powiedział.

Uśmiechnął się do mnie, a tamtą kobietę zmierzył złowieszczym spojrzeniem z góry na dół. Odszedł bez słowa wracając do swoich obowiązków. My zebraliśmy się i pojechaliśmy do jeszcze jednego lakiernika.

– Myślę, że około 600 złotych…

– No nie, bez jaj. Czy wyście rozumy potracili. To jest chore, żeby za parę rysek na lakierze wziąć 600 złotych?!- wrzasnęła kobieta- Gdzie tu jest jakiś kompetentny lakiernik!?

Miarka się przebrała.

– Czy pani sobie wyobraża, że my będziemy jechać do 10 lakierników, żeby znalazł się w końcu taki, który powie mniej?! Naprawdę, nie mamy ani czasu, ani chęci na to, żeby zwiedzać wszystkie podkrakowskie warsztaty tylko dlatego, że nie potrafi pani przyznać się do winy? O nie, zdecydowanie nie. A pan- zwróciłam się do jej partnera- stoi jak wryty, pokorniutko, nie odzywa się. Sam się pan przyznał na początku, że nas pan nie widział. Nie potrafi pan po prostu przyjąć tego na klatę? Skoro państwo bardzo tego chcecie to wzywamy w tym momencie policję. Nie dość, że zapłacicie mandat, to ubezpieczyciel zapłaci nam z państwa ubezpieczenia kwotę, którą poda rzeczoznawca. Jeśli wolicie takie rozwiązanie- proszę!

– O nie, nie. Policji to nie wzywajmy. Po co takie nerwy.- powiedział do mnie pan „cicho-ciemny”.

– W takim razie umówmy się, że zapłacicie nam państwo 450 złotych i się rozjedziemy.- zaproponował mój mąż.

Facet się zgodził. Podjechaliśmy do najbliższego bankomatu i państwo zapłacili.

– Z tą policją, to by nie był dobry pomysł.- odezwał się mój mąż kiedy wsiedliśmy do samochodu.

– Niby dlaczego?

– Też dostalibyśmy mandat, a ja punkty. Ta kobieta mogła im powiedzieć, że skręciliśmy nagle, bez kierunkowskazu. Że wjechaliśmy rozpędzeni na pas do skrętu i oni nie zdążyli zareagować.

– No, ale przecież…

– No, ale przecież nie było świadków. Kto udowodni, że my mamy rację?

– Dobra, jedźmy już do domu. Dobrze, że kończyło się tak jak się skończyło. Chcę zdjąć tą suknię. Szczęścia mi raczej nie przyniosła…

– Bo szczęście przyniosła ci rok temu- uśmiechnął się mój mąż.

Jechaliśmy raczej milczący. Dotarliśmy do domu, ściągnęłam z siebie wszystko, wskoczyłam w wygodne ciuszki. Zdecydowanie wolałam dzień, kiedy to w białej sukni szalałam na parkiecie a nie na środku skrzyżowania…

***

Skoro już jesteś, zapraszam Cie jeszcze TU, TU oraz TU! A co! Tak na dobry humor przed snem 😉

Chodź na Instagram!
Udostępnij na Facebooku!


Chcesz znaleźć pracę, ale nie wiesz, jak się za to zabrać?

...i bądź lepsza od innych kandydatów!

Instrukcja, jak skutecznie apikować o pracę

Cześć! Jestem Monika i piszę bloga. Zostań ze mną- razem raźniej!