Ach te nasze podróże życia…


Chodź na Instagram!
Udostępnij na Facebooku!

Wieje tu u mnie ostatnio jakąś deprechą. Ciągle niezadowolona, wkurzająca się. Mówię Lubemu: „Hormony…” On na to: „tiaa. Chyba charakter.” Ale, żeby już mi nikt nie zarzucił, że jestem okropną żona (jak było to tutaj, zniesmaczonych odsyłam zaś tutaj) zmieniam klimat 🙂

Jedziemy do babci. Tak, tak. Jedną mamy na miejscu, a do drugiej musimy jechać. Jakieś trzy godziny. Lubimy te wyjazdy. Mąż się cieszy, że dom rodzinny odwiedzi, Młody sobie przypomni o wszystkich wujkach widzianych raz na dwa/trzy miesiące. Jednak co te dwa/trzy miesiące musimy się przygotować. Każdy z tych wyjazdów wygląda jak podróż życia.

Podstawa to odpowiednie przygotowanie do drogi. Czyli? Nagranie na smartfona (i tu ukłon w stronę ludzi tworzących tego typu udogodnienia, bo bez takich bajerów byśmy wyskoczyli oknami w trakcie jazdy) mnóstwa bajek, które będą rozrywką dla Młodego. Czasami bywa tak, że Młodemu nie chce się już oglądać. Wtedy wkraczamy z kanapką. Jeśli kanapka nie była tym, na co akurat miał ochotę, to na pewno pomogą biszkopty! Jest to ostateczność.

Pakowaniem zajmuję się ja. Razem z Młodym rzecz jasna. Pakuję swoje ubrania. Zawsze zestawami, żeby mieć pewność, że nie biorę czegoś na daremno… I tak jeden zestaw po domu (czyli byle jak byle wygodnie), jeden zestaw „zajebioza” (czyli gdy przyjdą goście lub wyjdziemy w gości mąż się nie powstydzi żonki), jeden zestaw spacerowy (bardziej wyjściowy niż podomowy i mniej wytworny niż „zajebioza”), piżamka (odsyłam tutaj). Buty: jedne kozaki wyjściowe, jedne człapy przydomowe i jedne buty spacerowe. Oczywiście bielizna (jedziemy co prawda na trzy dni- dwie noce, ale zabieram zestaw na 7-dniowy wyjazd- i nie mam pojęcia co musiałoby się przytrafić, żebym to wszystko wykorzystała). Kosmetyki. Moja kosmetyczka jest dość uboga jak na damską… Mam szampon, odżywkę, żel pod prysznic, tusz do rzęs, waciki, krem, pomadka ochronna i patyczki do uszu (te ostatnie służą mi głównie do zmazywania śladów tuszu z powiek i okolic podocznych po pomalowaniu się masacrą 😉 ).

Kolejnym etapem jest pakowanie Młodego. Schemat przedstawia się podobnie. Do tego wszystkiego pakuję jeszcze kapciochy, kombinezon i więcej ciuszków podomowych, bo uwielbia siedzieć w stajni. Przy krówkach, królikach, kurach…. stąd zwiększaona ilość zestawów byle jakich. Boże, on by tam spał, gdybyśmy mu pozwolili. Ewentualnie wpada do domu coś zjeść (i to bardziej gdy tata, dziadek lub wujki zgłodnieją). Wracając do pakowania, zawsze zabieram ze sobą katarek, wodę morską, termometr, panadol, chusteczki nawilżane, smectę, coś na odparzenia i wiele innych rzeczy na tzw. „wszelki wypadek”…

Luby jest już duży. Pakuje się sam. Ogólnie większość garderoby ma na sobie. Zabiera dodatkową bieliznę. Po domu korzysta z zasobów swoich braci.

Wracając z takiej podróży przyjeżdżamy zawsze bardziej obładowani. W zależności od pory roku dostajemy worek ziemniaków, parę królików dla młodego, pyszną wiejską kurę (bez hormonów i innych takich), soki, dżemy/powidła, buraki, cukinię i inne EKO-pyszności.

I tak, jak w drodze „do” dziadków nie mamy problemu, tak problem z miejscem w samochodzie pojawia się w drodze powrotnej. Mniej więcej mieścimy się w naszego kombiaczka. Natomiast do niedawna mieliśmy jedynie polówkę. Wracając wyglądaliśmy zawsze jak rumuńska rodzina, która zabiera ze sobą w podróż cały dobytek.

Co my zrobimy, jak będzie dwójka? Nie zmieścimy się nawet do kombi… Najwyżej zrezygnujemy z worka ziemniaków 🙂

Chodź na Instagram!
Udostępnij na Facebooku!


Chcesz znaleźć pracę, ale nie wiesz, jak się za to zabrać?

...i bądź lepsza od innych kandydatów!

Instrukcja, jak skutecznie apikować o pracę

Cześć! Jestem Monika i piszę bloga. Zostań ze mną- razem raźniej!