W czterech ścianach

Jakiś czas temu postanowiłam zrobić jeden z testów osobowości, który znalazłam w gazecie. Tak! Od czasu do czasu kupujemy lub dostajemy gazety, które składujemy obok toalety. Taki nasz domowy rytuał. Pierwsze pytanie we wspomnianym teście brzmiało: „Kiedy ostatni raz wyszłaś poza swoją strefę komfortu?”. I w tym momencie zdałam sobie sprawę, że od czterech lat, czyli od dnia, w którym urodził się Młody, nie byłam w swojej strefie komfortu.


Od czterech lat „siedzę” w domu. I choć słowo „siedzę” nie jest najlepszym określeniem stanu mojego ciała, to idealnie pasuje jako określenie stanu mojego umysłu. Przyszedł moment, w którym boję się, że mentalnie nigdy z tego mojego domu nie wyjdę.


Gdybym miała szczerze powiedzieć, czy jestem w 100% szczęśliwa z tego, jaka jestem, odpowiedziałabym, że nie. Nie jestem. Bo ciągle w mojej głowie tkwi wizja mnie- spełnionej w sposób, który sobie wymyśliłam lata temu. Ja się zmieniłam, moje życie się zmieniło, a mimo to ja nadal nie potrafię pogodzić się z tym, że utraciłam moc sprawczą, którą miałam zanim pojawiły się dzieci. Bo w moim przypadku tak się niestety stało. Wraz z pojawieniem się dzieci wydarzyło się coś dziwnego. Obydwie moje ręce stały się lewe do ogarniania i zarządzania własnym ja.


Czuję niemoc. Im więcej czasu mija, tym bardziej zaczyna mi to przeszkadzać i tym mniej z tym robię, zamykając się w czterech ścianach. Brakuje mi spontanicznych wyjazdów, bycia gdzieś daleko, jedzenia w biegu, zmian otoczenia, podejmowania decyzji „szybkich”, wyjścia, żeby pobiegać wtedy, gdy mam siłę i czas,  a nie wtedy, gdy jestem wyrąbana w kosmos. Tęsknię za popełnianiem grzechów i brakiem żalu za grzechy. Strach i stres zawsze działały na mnie motywująco! Dlaczego więc tego nie robię? Bo jeśli chodzi o dzieci, samo słowo  „przeszkoda” sprawia, że staję się maleńka i bezbronna.

W stanie panicznego stresu, który dopada mnie w sytuacjach, w których tracę nad czymś kontrolę, mój oddech staje się bardzo płytki. Każdy, kto choć raz w życiu poczuł niemożność złapania oddechu wie, o czym mówię. Nie jestem w stanie na niczym się skupić, nie słucham tego, co ludzie do mnie mówią. Wystarczy jedna mocna sytuacja stresowa związana z dziećmi, a ja przez dwa tygodnie dochodzę do siebie.


Panicznie boję się o swoje dzieci. Ta panika „narodziła się we mnie” w momencie, gdy trzymałam na swoich rękach wykrwawiającego się syna. Żadnej matce nie życzę takiego widoku. Nie chcę nawet myśleć, co czują matki, których dzieci nie udało się uratować. Po raz drugi uczyliśmy go chodzić, dopiero od niedawna jest w stanie w pełni sprawnie posługiwać się prawą rączką. Strach, który od tamtego momentu zawładnął moim „ja matka”, jest nie do opisania. Do tej pory nie potrafię spokojnie zareagować nawet na dziecięcy kaszel.


Sama siebie zamknęłam w czterech ścianach. Boję się planować, zaczynać coś nowego, bo nie jestem w stanie przewidzieć dziecięcych chorób, czy wypadków, których w naszym życiu jest zdecydowanie za dużo. Sama siebie ograniczam. Bo się boję, że moimi niespełnionymi planami kogoś zawiodę. Że siebie zawiodę.


Mój mąż zapytał ostatnio, po co mi blog. Poświęcam mu cały swój wolny czas, a nie daje mi on niczego, poza czystą satysfakcją. Nie odpowiedziałam mu. W pierwszej chwili bowiem pomyślałam, że ma rację. Wtedy też pierwszy raz od dawna poczułam smutek. Taki prawdziwy, głęboki, którego nie mogłam zrozumieć. A smutek ten wynikał  z chwilowego rozczarowania i chwilowej wiary w to, że coś co robię, jest zupełnie bez sensu. Teraz jednak rozumiem. Rozumiem, że to miejsce jest mi bardzo potrzebne. To miejsce jest moim uzdrowiskiem. Dzięki temu blogowi jestem. Bo gdyby go nie było, nie byłoby również mnie- prawdziwej. Byłaby tylko matka. Ktoś kiedyś powiedział, że blog to dziecko blogera. Nie dla mnie. Dla mnie mój blog stał się terapeutą. Czy to smutne? Nie, bo warto mieć swoją odskocznię. Może dzięki niej łatwiej będzie mi wyjść poza cztery ściany.

  • Wydaje mi się, że Cię rozumiem. Mój blog też zawisł i od miesiąca chyba już nie opublikowałam nic. Zastanawiam się czy pisane przeze mnie treści są komukolwiek do szczęścia potrzebne. Może powinnam zrobić z bloga bardziej pamiętnik i takie „uzdrowisko” o jakim piszesz. Miejsce do którego będę wychodziła z czterech ścian bo narazie moje wychodzenie jest dość ograniczone, choć znam gorsze przypadki. Po paru latach prowadzenia bloga pytania w stylu „po co to robisz” wprowadzają lekki zamęt. Bo lubię pisać? Bo ktoś lubi mnie czytać? Bo mam coś do powiedzenia? Albo bo nie mam komu o tym powiedzieć, więc pisze…